Londyn od dawna jest wylęgarnią eksperymentów z muzyką z Afryki Zachodniej, a w tej globalno-lokalnej historii można umieścić najnowszych londyńskich innowatorów afrobeatu: KOKOROKO. W latach 40. weteran II wojny światowej Ambrose Campbell ze swoim zespołem West African Rhythm Brothers kusił bywalców Soho słodkimi dźwiękami palm wine. W następnej dekadzie młody Fela Kuti (wraz ze swoim składem Koola Lobitos i perkusistą Tonym Allenem) grywał z Campbellem, a wtedy zasiane zostały ziarna jego globalnej rewolucji afrobeatu. Nazwa zespołu to słowo w języku Orobo – nigeryjskiego plemienia i języka – oznaczające „bądź silny”. Dźwiękowo dorównując swojej nazwie, KOKOROKO to zespół gwiazd skupiający czołowe postacie londyńskiej sceny jazzowej. Napędzani sejsmiczną sekcją dętą (Maurice Grey, saksofonistka Cassie Kinoshi, puzonista Richie Seivewright), gitarą (Oscar Jerome), klawiszami (Yohan Kebede), perkusją (Ayo Salawu) i instrumentami perkusyjnymi (Onome Edgeworth); Kokoroko mają misję tworzenia nowych języków za pośrednictwem afrobeatu. „To nie jest muzyka jałowa!”– mówi Sheila Maurice-Grey, rozmyślając o bogatej historii dźwięków, które zainspirowały zespół. Czy chodzi o komentarz społeczny, polityczne stanowisko takich wykonawców jak Black President, czy też o energię afrobeatu, jaką niosą nocne imprezy – muzyka ta kipi potężną energią, którą zespół chce popychać naprzód, po londyńsku. Nie ma wątpliwości, że to nie zespół zainteresowany performatywnym hołdem czy pastiszem. Dla Maurice-Grey częścią napędu stojącego za ich impulsem twórczym jest pytanie: „jak ta muzyka brzmi dla mojego pokolenia?”„Kochamy tę muzykę i chcemy, aby inni kochali ją tak jak my” – mówi Edgeworth. Poza prymatem miłości do muzyki, podtekstem powstania zespołu było poczucie wyobcowania wobec topniejącej puli londyńskich afrobeatowych i highlife'owych nocy – szczególnie czarnoskórych słuchaczy i wykonawców. „Nie chcemy, żeby ta muzyka umarła” – dodał. Zamiast od razu zabierać się za pisanie własnej muzyki, od powstania zespołu w 2014 roku zanurzali się w dźwiękach Pat Thomasa, Ebo Taylora i innych, grając covery przed wyprzedanymi tłumami. „Pamiętam rozmowę z Dele Sosimi o strukturze piosenek Feli – każdy element odgrywa jakąś rolę. Ale przed melodią czy harmonią jest rytm. Rytmiczny aspekt solówek z tamtej ery jest niesamowity. Zachodnioafrykańskie podejście do jazzu i improwizacji jest odjazdowe!”, zaproponował Maurice-Grey.